Postępy w jeździe na deskorolce to rzecz bardzo rzadka i mało zauważalna. Z tego powodu trzeba bardzo uważnie obserwować i optymistycznie przyjmować nawet przypadkowo udany trick. Ja dla przykładu uważam, że ostatnio poczyniłem postępy pomimo faktu, że dla osoby z deską nie zaznajomioną taki stan rzeczy może nie być oczywisty.
Przechodząc do konkretów. Już średnio jeden raz na dwie próby jestem w stanie przeskoczyć patyk. Piszę średnio, bo bywają dni kiedy nic nie wychodzi i takie kiedy wychodzi większość razy. W miejscu za to moje ollie wygląda już bardzo profesjonalnie. Powodem tego stanu rzeczy może być moja tchórzliwość. Na desce, która się nie porusza można się skupić na wielu technicznych aspektach tego tricku. Podczas jazdy, kiedy dochodzi jeszcze potrzeba skupienia się na nie zabiciu, techniczne aspekty schodzą na dalszy plan. Tchórz za mnie prościej pisząc.
Dodatkowo zaczyna mi wychodzić w miejscu shuveit. Trick, który ponoć prosty, ale nie dawał mi spokoju. Tak w ogóle do dochodzę do wniosku, że na deskorolce nie ma prostych ewolucji. Owszem, są prostsze i trudniejsze, ale każdy ma jakieś drobne rzeczy na które trzeba zwrócić uwagę i których znajomość wydatnie przyśpiesza tempo nauki. Tajniki shuvita wyjaśnił mi niejaki Aaron Kyro. Gość z odległej Ameryki zamieszczający na Youtubie pod ksywką BRAILE tutoriale. Polecam wszystkim opornym. Jeśli się dobrze wsłuchać i o wszystkim co mówi pamiętać, to nauka idzie sporo szybciej. Poza tym polecam też jego przejazdy. Koleś sporo umie i do tego jeździ bardzo stylowo. Jeśli się uczyć, to od najlepszych.
niedziela, 16 września 2012
czwartek, 30 sierpnia 2012
Już coraz lepiej
Podczas ostatniego wypadu na pola mokotowskie dotarłem już do formy sprzed złamania nogi. Już ollie* wychodzi z rzadka i trochę niskie, ale wychodzi. Nawet zaczepił mnie jeden metalowiec, by podzielić się swoim podziwem co do mojego ollie. Próbował mnie nieskutecznie przekonać, że wymiatam i pożegnał klasycznym żółwikiem. Oprócz tego rodzice jednego dziecka na desce zwrócili uwagę swojej pociechy: “Spójrz, jak ten Pan ładnie jeździ”. Wszak dzieciak skwitował krótkim: “Ale on starszy jest”, ale i tak uznałem cały wydarzenie za kolejny komplement :). Rozpocząłem też naukę shuvita*. Na razie tylko w miejscu, ale już wychodzi prawie co drugi. Zasługa to oczywiście najlepszego krewniaka wujka googla jeśli chodzi o naukę, a mianowicie cioci youtube. Siedzę sobie teraz na moich obolałych od zakwasów czterech literach i myślę, że może za rok o tej porze będę już jeździł na zadowalającym mnie poziomie. Poza tym doszedłem do wniosku, że pierwsza część pól mokotowskich, ta od strony Ronda Jazdy Polskiej, świetnie nadaje się na początki na desce. Równy asfalt, stosunkowo nieduży ruch***, i spines**** w całkiem niezłym stanie.
* podskok razem z deską
** obrót deski o 180° pod stopami skatera
*** jak na stolice
**** taka przeszkoda z dwoma podjazdami złączonymi w taką niby piramidę ◞◟
* podskok razem z deską
** obrót deski o 180° pod stopami skatera
*** jak na stolice
**** taka przeszkoda z dwoma podjazdami złączonymi w taką niby piramidę ◞◟
piątek, 24 sierpnia 2012
Poszukiwania skateparku
Wiem, że najlepiej uczy się mając obok siebie bardziej doświadczone towarzystwo i to nie tylko jeśli chodzi o deskorolkę. Właśnie dzięki fajnej ekipie udało mi się sporo nauczyć na rolkach. Jeśli chodzi o deskę to najwięcej skateboardzistów znaleźć można na różnych miejscówkach i w skateparkach.
Jako, że mam pewne obawy przed jeżdżeniem blisko bogu ducha winnych przechodniów to preferuje to drugie. Zanim złamałem nogę to jeździłem sobie na skateparku na bielanach koło Warszawy. Nie był jakiś super na początek nauki, ale asfalt był prawie równy i kręciło się tam sporo młodszych skaterów zawsze chętnych do pomocy początkującemu.
Niedługo będę mieszkał w Komorowie koło Prószkowa i postanowiłem sprawdzić co tam ciekawego mają. Poszukiwania rozpocząłem jak zwykle w internecie i natknąłem się na sporo informacji, jakoby warszawskie skateparki nie były najlepsze. Zaskoczony też byłem kiedy doczytałem, że skatepark na bielanach to jeden z największych w Polsce. Swego czasu wydał mi się dosyć przytulny. Na szczęście okazało się, że są aż trzy skateparki w Komorowie, w tym dwa świeżutkie, bo tegoroczne. Ucieszyłem się niezmiernie i przy najbliższej okazji postanowiłem sobie odwiedzić je na rowerku. Pierwszy i najstarszy okazał się trochę podobny do tego na Bielanach. Duża rampa, parę boksów i coś tam jeszcze. Kolejne dwa te nowiutkie bardzo mnie zaskoczyły. Okazało się, że powierzchnia każdego, to parę metrów kwadratowych. Na paru metrach kwadratowych da się co najwyżej trzy razy odepchnąć nogą i ląduje się na trawniku. Da się to jednak zrobić, gdy te parę metrów jest puste, a tu mamy do czynienia oczywiście z skateparkiem. W związku z tym na samym środeczku stoi box a obok niego obustronna wyskocznia z poręczą i dookoła tych kosztownych przeszkód zostaje już około 1 metra asfaltu. Oznacza to, że do boxa się nie dojedzie, a zjeżdżając z wyskoczni ma się ułamek sekundy na wyhamowanie. Drugi skatepark okazał się nieznacznie większy i w związku z tym postawiono tam rabaty i trawniki w środku. Dokładnie tyle, by była podobna ilość miejsca dookoła każdej z przeszkód. Teraz nasuwa się pytanie: dla kogo takie skateparki? Na pewno nie dla skateboardzistów. Nie da się podjechać ani odjechać od żadnej przeszkody z powodu braku miejsca. Rolkarze będą się borykać z podobnym problemem. Od biedy da się po niech jeździć na BMX-ie jeżdżąc sobie po skateparku i trawnikach/rabatach, choć to średnio wygodne. Te dwa skateparki zostały po prostu wybudowane specjalnie dla miasta (by się mogli pochwalić ilością skateparków), lub/i dla wykonawców, którzy za wybudowanie musieli zostać wynagrodzeni. Gdyby nie ci dwaj to byłyby to po prostu zmarnowane pieniądze :). Ciekawe, że projektant musiał nie mieć zielonego pojęcia co projektuje, albo zaprojektował bubel z premedytacją. Nikt pewnie też projektu nie zweryfikował. Całe szczęście, że został jeszcze ten pierwszy skatepark nadający się do poćwiczenia.
Teraz mieszkam w centrum i musiałem sobie znaleźć skatepark bliżej. Od razu znalazłem informację, że jest jeden obok metra wilanowska. Niestety napisane też było że się rozpada od 14 lat i teraz prawie nie da się jeździć. Reszta skateparków jest trochę daleko, a te bliżej są płatne i przeludnione. Szczęśliwie doczytałem po chwili, że ten przy metrze wilanowska został odnowiony i zmodernizowany. Zaciekawiłem się co się stało, że sobie miasto przypomniało o nim po tak długim czasie. Okazało się, że to nie miasto, a organizacja sponsorowana przez napój burn z dalekiej angli przybyła z pomocą, w związku z akcją “save my spot”. Nieważne kto, ważne, że mam fajny sktepark niedaleko od domu. Przy odrobinie czasu planuje go odwiedzić. Na razie po nocy nawiedzam pola mokotowskie i robię tam hałas przypominając sobie czego nauczyłem się przed złamaniem nogi. Jak będę w Komorowie ponownie, to postaram się zrobić zdjęcia tych skateparków i dorzucę tutaj. Warto je zobaczyć.
Jako, że mam pewne obawy przed jeżdżeniem blisko bogu ducha winnych przechodniów to preferuje to drugie. Zanim złamałem nogę to jeździłem sobie na skateparku na bielanach koło Warszawy. Nie był jakiś super na początek nauki, ale asfalt był prawie równy i kręciło się tam sporo młodszych skaterów zawsze chętnych do pomocy początkującemu.
Niedługo będę mieszkał w Komorowie koło Prószkowa i postanowiłem sprawdzić co tam ciekawego mają. Poszukiwania rozpocząłem jak zwykle w internecie i natknąłem się na sporo informacji, jakoby warszawskie skateparki nie były najlepsze. Zaskoczony też byłem kiedy doczytałem, że skatepark na bielanach to jeden z największych w Polsce. Swego czasu wydał mi się dosyć przytulny. Na szczęście okazało się, że są aż trzy skateparki w Komorowie, w tym dwa świeżutkie, bo tegoroczne. Ucieszyłem się niezmiernie i przy najbliższej okazji postanowiłem sobie odwiedzić je na rowerku. Pierwszy i najstarszy okazał się trochę podobny do tego na Bielanach. Duża rampa, parę boksów i coś tam jeszcze. Kolejne dwa te nowiutkie bardzo mnie zaskoczyły. Okazało się, że powierzchnia każdego, to parę metrów kwadratowych. Na paru metrach kwadratowych da się co najwyżej trzy razy odepchnąć nogą i ląduje się na trawniku. Da się to jednak zrobić, gdy te parę metrów jest puste, a tu mamy do czynienia oczywiście z skateparkiem. W związku z tym na samym środeczku stoi box a obok niego obustronna wyskocznia z poręczą i dookoła tych kosztownych przeszkód zostaje już około 1 metra asfaltu. Oznacza to, że do boxa się nie dojedzie, a zjeżdżając z wyskoczni ma się ułamek sekundy na wyhamowanie. Drugi skatepark okazał się nieznacznie większy i w związku z tym postawiono tam rabaty i trawniki w środku. Dokładnie tyle, by była podobna ilość miejsca dookoła każdej z przeszkód. Teraz nasuwa się pytanie: dla kogo takie skateparki? Na pewno nie dla skateboardzistów. Nie da się podjechać ani odjechać od żadnej przeszkody z powodu braku miejsca. Rolkarze będą się borykać z podobnym problemem. Od biedy da się po niech jeździć na BMX-ie jeżdżąc sobie po skateparku i trawnikach/rabatach, choć to średnio wygodne. Te dwa skateparki zostały po prostu wybudowane specjalnie dla miasta (by się mogli pochwalić ilością skateparków), lub/i dla wykonawców, którzy za wybudowanie musieli zostać wynagrodzeni. Gdyby nie ci dwaj to byłyby to po prostu zmarnowane pieniądze :). Ciekawe, że projektant musiał nie mieć zielonego pojęcia co projektuje, albo zaprojektował bubel z premedytacją. Nikt pewnie też projektu nie zweryfikował. Całe szczęście, że został jeszcze ten pierwszy skatepark nadający się do poćwiczenia.
Teraz mieszkam w centrum i musiałem sobie znaleźć skatepark bliżej. Od razu znalazłem informację, że jest jeden obok metra wilanowska. Niestety napisane też było że się rozpada od 14 lat i teraz prawie nie da się jeździć. Reszta skateparków jest trochę daleko, a te bliżej są płatne i przeludnione. Szczęśliwie doczytałem po chwili, że ten przy metrze wilanowska został odnowiony i zmodernizowany. Zaciekawiłem się co się stało, że sobie miasto przypomniało o nim po tak długim czasie. Okazało się, że to nie miasto, a organizacja sponsorowana przez napój burn z dalekiej angli przybyła z pomocą, w związku z akcją “save my spot”. Nieważne kto, ważne, że mam fajny sktepark niedaleko od domu. Przy odrobinie czasu planuje go odwiedzić. Na razie po nocy nawiedzam pola mokotowskie i robię tam hałas przypominając sobie czego nauczyłem się przed złamaniem nogi. Jak będę w Komorowie ponownie, to postaram się zrobić zdjęcia tych skateparków i dorzucę tutaj. Warto je zobaczyć.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Jak to zaczynam w podeszłym wieku jeździć na deskorolce (znowu)
Skateboarding (jazda na deskorolce) nie jest bardzo popularnym sportem. Owszem, jest on dosyć rozpowszechniony w mediach jak i w głowach polskiego społeczeństwa, ale dużo osób nie jeździ. Dodatkowo grono osób jeżdżących to w większości ludzie młodzi i płci męskiej. Nie jest to także sport typu rowerek, gdzie jest wyraźny podział na ludzi jeżdżących weekendowo, do sklepu i profesjonalistów trenujących cały rok i mierzących w wygrane wyścigi. Znacznej grupie tych niedzielnych pedałowiczów nie marzy się kariera kolarza. Jeżdżą, bo lubią, lub ułatwia to przemieszczanie się. Na desce jest inaczej. Założyć się mogę, że znaczna większość zaczynających marzy o sponsorach, sławie i wygrywaniu zawodów. Stąd pojawiają się czasami zapytania na internetowych forach typu: "Mam już 12 lat, czy nie jest już za późno, bym zaczął się uczyć jeździć na deskorolce?".
Z tego powodu czuje się trochę dziwnie i nieswojo, gdy zabieram swój kawałek sklejki z kółkami i idę się uczyć trików. Dopiero zaczynam i nie mam krzty nadziei na sponsorów czy starty w zawodach. Mam nadzieję jedynie trochę nabrać formy, nie roztyć się, nauczyć się czegokolwiek i przede wszystkim dobrze się bawić. Mam już 28 wiosen na karku i można powiedzieć, że zaczynam swoją przygodę z deskorolką.
Tak na prawdę moja przygoda zaczęła się jakieś 18 lat temu, ale przez ten czas jeździłem bardzo sporadycznie i niczego, poza zwykłą jazdą do przodu się nie nauczyłem. Powody bywały różne. Pierwsza dłuższa przerwa spowodowana była moją młodzieńczą fantazją i niedostatkiem sprzętowym. Miałem wtedy taką deskę dosyć popularną, lecz nie bardzo efektywną. Była to gruba decha typu "rybka" z zagiętym tyłem i płaskim przodem, wzorowana na deskach do jazdy w bowlu (suchy basen z zaokrąglonym dnem). "Made in Poland" oznaczało w tych czasach, że ważyła ponad 4 kilo (obecna to ok 2 kg) i sunęła do przodu dzięki kółkom z najprawdziwszego, twardego plastiku. Miałem już za sobą przygodę z deską z plastiku także polską w której to powypadały łożyska. Tak więc moja rybka na plastikowych kółkach służyła mi dzielnie, ale po pewnym czasie zapragnąłem nauczyć się ollie (podskok z deską). Nie wiedziałem wtedy, że tak się ten trik nazywa. Nie znałem także nikogo kto by te czary umiał i moja wiedza teoretyczna ograniczyła się do tego, że widziałem kiedyś tam w telewizji, że tak się da. Długo zastanawiałem się jak to możliwe, że skaczą a deska razem z nimi. Widziałem, że skok poprzedzony jest silnym kopnięciem w tył deski i że zawsze jadą szybko. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że chodzi o aerodynamikę. Otóż jadą tak szybko, że jak postawią deskę z przodem do góry to pęd powietrza robi swoje i unosi deskę pod nogi skatera. Czym prędzej zacząłem wprowadzać swoją teorię w czyn i jadąc szybko kopałem w tył deski skacząc jednocześnie. Niestety deska unieść się nie chciała. Wniosek był prosty: jechałem za wolno i pęd powietrza był za słaby. Rozpędziłem się więc jak tylko umiałem i skok. Decha odfrunęła nie do góry, tylko przed siebie, wyprzedzając mnie. Wyprzedziły mnie także własne nogi a ja wylądowałem na tyłku i rękach. Tyłek tylko bolał, ale ręka już niestety nie wytrzymała i się złamała. Oprócz przerwy od jakichkolwiek sportów zraziłem się także do deski.
Gdy parę lat później dowiedziałem się, że ollie możliwe jest na deskach gdzie i tył i przód jest zagięty do góry i dowiedziałem się jak się ollie robi, mój entuzjazm wrócił. Niestety w między czasie zerwałem więzadło krzyżowe. Nikt z lekarzy jakoś się nie domyślił co mi jest i leczony byłem gipsem przez 6 długich lat. Nie pamiętam ile miałem razy gips i skręcone kolano, ale po jakoś 6 razie dotarło do mnie, że nie mogę: skakać, biegać, energicznie schodzić po schodach ani uprawiać sportów poza szachami. Nie powstrzymało mnie to przed kupnem takiej deski na której da się zrobić ollie i próbami. Łatwo się domyśleć, że skończyło się to skręconym kolanem.
Moje kolano zostało w końcu poprawnie zdiagnozowane (lekarz od piłkarzy po znajomości) i załatwiła mi mamusia operację rekonstrukcji więzadła. Więzadło mi zrekonstruowali, ale nie artroskopem (to drogi sprzęt po którym pacjent idzie o własnych siłach do domu parę dni po operacji) tylko tradycyjnie. Po niezłych jazdach i krwi w ranie pooperacyjnej wyszedłem ze szpitala po 2 tygodniach z zupełnie niesprawnym kolanem. Pół roku rehabilitacji i ćwiczeń od 7 rano zajęło mi, by zacząć chodzić prawie jak przed operacją (swoją drogą kosztowałem ówczesny ZUS pewnie tyle, co nowy artroskop). Następne pół roku to nauka biegania. Potem rower, łyżwy i rolki. Na tych ostatnich poszedłem w freestyle slalom i nawet nieźle mi szło po pierwszym sezonie:
. Rolki mnie w końcu znużyły i wtedy przypomniało mi się, że mam moją starą deskorolkę.
W między czasie zdążyłem się już postarzeć i znaleźć sobie żonę. Żona zachwycona nie była, bo uważała, że coś sobie złamię. No i złamałem sobie kostkę jak już prawie deska unosiła się razem ze mną. Pech chciał, że stało cię to w przeddzień wyjazdu do Chorwacji. Skończyło się wyrzuceniem deskorolki pod pilnym okiem małżonki i obietnicą, że więcej nie będę.
Potem jeszcze złamałem kość w stopie grając w piłkę na bosaka :).
Minął rok i próbowałem wrócić do rolek. Frajda już nie była ta sama i zapomnieć sporo zdążyłem. Zew deskorolki ponownie zaczął mnie męczyć a ja równolegle zacząłem męczyć moją biedną małżonkę. Że kochana to istota, to w końcu się złamała.
Kupiłem sobie kolejną deskę. Tym razem taką, na jakiej większość zaczyna swą przygodę. Nie najdroższą, ale taką, że już do trików jest stworzona. Jestem teraz z swoim średnim wiekiem, fajną deską i motywacją, żeby w końcu się ollie nauczyć, a jak dobrze pójdzie to może i czegoś jeszcze. Znajomi i rodzina się w głowę pukają, no bo stary a głupi. Ja natomiast widzę w deskorolce sport jak każdy inny. Można się poruszać na świeżym powietrzu i robić to co się lubi. Owszem jest to sport niebezpieczny, czego jestem dobrym przykładem, ale zrobię co w mojej mocy, by nie rozpędzać się nadmiernie i jeździć możliwie najbezpieczniej. Jak starczy czasu i zdrowia postaram się zamieszczać regularne wpisy jak mi idzie i ogólnie co z moim hobby związane. A nóż zainspiruje kogoś, że się da zacząć jeździć dla funu i nie trzeba być do tego nastolatkiem?
Z tego powodu czuje się trochę dziwnie i nieswojo, gdy zabieram swój kawałek sklejki z kółkami i idę się uczyć trików. Dopiero zaczynam i nie mam krzty nadziei na sponsorów czy starty w zawodach. Mam nadzieję jedynie trochę nabrać formy, nie roztyć się, nauczyć się czegokolwiek i przede wszystkim dobrze się bawić. Mam już 28 wiosen na karku i można powiedzieć, że zaczynam swoją przygodę z deskorolką.
Tak na prawdę moja przygoda zaczęła się jakieś 18 lat temu, ale przez ten czas jeździłem bardzo sporadycznie i niczego, poza zwykłą jazdą do przodu się nie nauczyłem. Powody bywały różne. Pierwsza dłuższa przerwa spowodowana była moją młodzieńczą fantazją i niedostatkiem sprzętowym. Miałem wtedy taką deskę dosyć popularną, lecz nie bardzo efektywną. Była to gruba decha typu "rybka" z zagiętym tyłem i płaskim przodem, wzorowana na deskach do jazdy w bowlu (suchy basen z zaokrąglonym dnem). "Made in Poland" oznaczało w tych czasach, że ważyła ponad 4 kilo (obecna to ok 2 kg) i sunęła do przodu dzięki kółkom z najprawdziwszego, twardego plastiku. Miałem już za sobą przygodę z deską z plastiku także polską w której to powypadały łożyska. Tak więc moja rybka na plastikowych kółkach służyła mi dzielnie, ale po pewnym czasie zapragnąłem nauczyć się ollie (podskok z deską). Nie wiedziałem wtedy, że tak się ten trik nazywa. Nie znałem także nikogo kto by te czary umiał i moja wiedza teoretyczna ograniczyła się do tego, że widziałem kiedyś tam w telewizji, że tak się da. Długo zastanawiałem się jak to możliwe, że skaczą a deska razem z nimi. Widziałem, że skok poprzedzony jest silnym kopnięciem w tył deski i że zawsze jadą szybko. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że chodzi o aerodynamikę. Otóż jadą tak szybko, że jak postawią deskę z przodem do góry to pęd powietrza robi swoje i unosi deskę pod nogi skatera. Czym prędzej zacząłem wprowadzać swoją teorię w czyn i jadąc szybko kopałem w tył deski skacząc jednocześnie. Niestety deska unieść się nie chciała. Wniosek był prosty: jechałem za wolno i pęd powietrza był za słaby. Rozpędziłem się więc jak tylko umiałem i skok. Decha odfrunęła nie do góry, tylko przed siebie, wyprzedzając mnie. Wyprzedziły mnie także własne nogi a ja wylądowałem na tyłku i rękach. Tyłek tylko bolał, ale ręka już niestety nie wytrzymała i się złamała. Oprócz przerwy od jakichkolwiek sportów zraziłem się także do deski.
Gdy parę lat później dowiedziałem się, że ollie możliwe jest na deskach gdzie i tył i przód jest zagięty do góry i dowiedziałem się jak się ollie robi, mój entuzjazm wrócił. Niestety w między czasie zerwałem więzadło krzyżowe. Nikt z lekarzy jakoś się nie domyślił co mi jest i leczony byłem gipsem przez 6 długich lat. Nie pamiętam ile miałem razy gips i skręcone kolano, ale po jakoś 6 razie dotarło do mnie, że nie mogę: skakać, biegać, energicznie schodzić po schodach ani uprawiać sportów poza szachami. Nie powstrzymało mnie to przed kupnem takiej deski na której da się zrobić ollie i próbami. Łatwo się domyśleć, że skończyło się to skręconym kolanem.
Moje kolano zostało w końcu poprawnie zdiagnozowane (lekarz od piłkarzy po znajomości) i załatwiła mi mamusia operację rekonstrukcji więzadła. Więzadło mi zrekonstruowali, ale nie artroskopem (to drogi sprzęt po którym pacjent idzie o własnych siłach do domu parę dni po operacji) tylko tradycyjnie. Po niezłych jazdach i krwi w ranie pooperacyjnej wyszedłem ze szpitala po 2 tygodniach z zupełnie niesprawnym kolanem. Pół roku rehabilitacji i ćwiczeń od 7 rano zajęło mi, by zacząć chodzić prawie jak przed operacją (swoją drogą kosztowałem ówczesny ZUS pewnie tyle, co nowy artroskop). Następne pół roku to nauka biegania. Potem rower, łyżwy i rolki. Na tych ostatnich poszedłem w freestyle slalom i nawet nieźle mi szło po pierwszym sezonie:
. Rolki mnie w końcu znużyły i wtedy przypomniało mi się, że mam moją starą deskorolkę.
W między czasie zdążyłem się już postarzeć i znaleźć sobie żonę. Żona zachwycona nie była, bo uważała, że coś sobie złamię. No i złamałem sobie kostkę jak już prawie deska unosiła się razem ze mną. Pech chciał, że stało cię to w przeddzień wyjazdu do Chorwacji. Skończyło się wyrzuceniem deskorolki pod pilnym okiem małżonki i obietnicą, że więcej nie będę.
Potem jeszcze złamałem kość w stopie grając w piłkę na bosaka :).
Minął rok i próbowałem wrócić do rolek. Frajda już nie była ta sama i zapomnieć sporo zdążyłem. Zew deskorolki ponownie zaczął mnie męczyć a ja równolegle zacząłem męczyć moją biedną małżonkę. Że kochana to istota, to w końcu się złamała.
Kupiłem sobie kolejną deskę. Tym razem taką, na jakiej większość zaczyna swą przygodę. Nie najdroższą, ale taką, że już do trików jest stworzona. Jestem teraz z swoim średnim wiekiem, fajną deską i motywacją, żeby w końcu się ollie nauczyć, a jak dobrze pójdzie to może i czegoś jeszcze. Znajomi i rodzina się w głowę pukają, no bo stary a głupi. Ja natomiast widzę w deskorolce sport jak każdy inny. Można się poruszać na świeżym powietrzu i robić to co się lubi. Owszem jest to sport niebezpieczny, czego jestem dobrym przykładem, ale zrobię co w mojej mocy, by nie rozpędzać się nadmiernie i jeździć możliwie najbezpieczniej. Jak starczy czasu i zdrowia postaram się zamieszczać regularne wpisy jak mi idzie i ogólnie co z moim hobby związane. A nóż zainspiruje kogoś, że się da zacząć jeździć dla funu i nie trzeba być do tego nastolatkiem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)